Serwis Doradztwa Podatkowego - nr 000288 - 23 lutego 2015 r.

 

Komentarz nieuczesany: czy już po „burzy frankowej”?


Obraz naszej polskiej rzeczywistości po załamaniu kursu złotego względem franka, który zniszczył perspektywy życiowe setek tysięcy „frankowiczów” i ich rodzin, jest jednocześnie tragiczny i groteskowy. Zacznę od tzw. warstwy medialnej. Wszystkie zainteresowane do tej pory media wycofały się z tego tematu, który – jak mi prywatnie powiedziano – ma już „zniknąć” z debaty publicznej. Na pytanie dlaczego dowiedziałem się tylko, że być może ktoś ważny „nie życzy sobie” kontynuowania problemu, a jeśli już, to w narracji „liberalnej”, „konstruktywnej”, choć jeszcze nie pora na powrót głównych ekonomistów banków jako głównych autorytetów kiedyś cytowanych co dzień w mediach. Najpierw sprawa musi „przycichnąć”. Upartych, chcących dalej drążyć temat można postraszyć, z czym zresztą spotkałem się również ja osobiście. Oczywiście zupełnie przypadkiem pojawiło się wiele nowych reklam banków, ale przecież nie ma to jakiegokolwiek związku z porzuceniem tematu długu „frankowiczów”. Zobaczymy, czy los ponad miliona obywateli jeszcze kogoś  będzie obchodzić: jestem realistą, ale chciałbym się mylić.


Nie da się już jednak zniszczyć fenomenu przebudzonej świadomości „frankowiczów”, nawet gdy ich problemy będą objęte zmową milczenia ze strony władzy i mediów. Po publikacji moich kilku ostatnich tekstów na temat „kredytów frankowych” miałem okazję korespondować i rozmawiać z tysiącami dłużników: za ich wszystkie słowa i myśli, często wyjątkowo gorzkie, najserdeczniej dziękuję. Jaki wątek najczęściej powtarzali dłużnicy? Ano tłumaczyli się (bez wyjątku) z tego, że głosowali na … Platformę Obywatelską i był to ich „kompromitujący błąd”, którego „już nie powtórzą”. I chyba jest to prawdą, że tych milion dorosłych ludzi, którzy chcieli przy pomocy długu bankowego stworzyć swój świat w Polsce, był z oczywistych względów elektoratem Władzy. Zaciągnięte kredyty, często na całe życie, były swoistym wyznaniem wiary w  istniejącą rzeczywistość i dowodem na jej poparcie. Dziś pomstują i biją się w pierś przyznając się do  „bezdennej głupoty”, której nigdy już nie powtórzą. Można chyba im wierzyć. Polityczne straty rządzących oraz władzy jako takiej są już nie do powetowania i nic nie zmienią zaklęcia liberalnych politologów, że „frankowicze i tak zagłosują na Platformę”. Raczej nie, ładunek negatywnych samoocen nie został rozbrojony przez rządzących, którzy w większości skompromitowali się w ich oczach. Przy czym przekonanie dłużników, że władza działa w interesie kilku banków, nie wzbudziło przewidywanych przeze mnie postaw „nachuistycznych”, lecz głęboką niechęć wręcz nienawiść, która jest ostateczną obroną wszystkich przegranych. Bo wiedzą, że przegrali, a ich los nikogo nie obchodzi, a „autorytety” i oficjele pogardzają ich problemami lub im to „wisi i powiewa”. Być może  teraz - w lutym 2015 roku Partia Władzy przegrywa przyszłe wybory? Cała jej nadzieja w ich bojkocie i w ilości nieważnych głosów.


Kompromitacja elit w oczach frankowiczów jest jednak „skutkiem ubocznym” tej sprawy, bo ten problem wcale nie musiał wkroczyć w sferę polityki. Gdyby nie wieloletnie wychowanie w politycznej „szkole przetrwania” obecnej klasy politycznej wiedzieliby oni jak wyjść z tej sprawy z twarzą. Kompromitacja dotyczy przede wszystkim banków i ich interesariuszy. Czymś zgoła unikatowym była radiowa wypowiedź kogoś z tej grupy, który stwierdził, że wypracowany przez banki kompromis pozwoli kiedyś „wyjść z honorem” frankowiczom z całej afery. Oburzenie, które wzbudziły te słowa, trudno spokojnie skomentować. Zresztą wszystkie publiczne wypowiedzi z tej strony były pasmem lapsusów lub kompromitacji, ale o tym dowiedzą się oni później, gdy będą chcieli „wepchnąć” coś swoim przyszłym klientom. Z narracji „frankowiczów”, zresztą wyjątkowo zgodnych, można wyciągnąć wniosek, że już nie dadzą wiary jakimkolwiek „produktom bankowym” i tę postawę „przekażą swoim dzieciom i wnukom”. Jak zaklęcie powtarzają, że: „drugi raz nie damy się oszukać”. Na pewno, przynajmniej bankom. Sądzę, że zyski banków na owych „kredytach frankowych” nie zrównoważą strat wizerunkowych i realnie zniszczonego zaufania. To będzie ich drogo kosztować, a próba zamiecenia sprawy pod przysłowiowy dywan jest najgłupszym – z ich punktu wiedzenia – posunięciem. Tzw. piarowców mają raczej nienajlepszych, podobnie jak doradców, którzy podpowiedzieli im tę całą akcję. Dziś kredyty frankowe to „takie Amber Gold tylko do szóstej potęgi”  to słyszałem w wielu rozmowach.


Równie często powtarzano również tzw. wątek mistyfikacji. Kiedyś wyobrażenia dłużników były takie, że banki rzeczywiście miały prawdziwe waluty, które następnie z zyskiem („spreadem”) sprzedawały dłużnikom. Gdy uświadomiono sobie, że sprzedawano im coś, czego nie było, padają pytania o kwalifikację prawną tych działań. Tu słyszałem najcięższe słowa. Dlaczego władza ściga fikcyjne transakcje paliwami i stalą a nie uznaje za przestępstwo sprzedaży nieistniejących walut (która jest jakoby legalna)? To ważny wątek, który być może będzie mieć ciąg dalszy. Jaki? Zobaczymy.


Jednak opozycja nie może cieszyć się ze wzburzenia „frankowców”, bo zachowuje się często nieudolnie, proponując np. absurd „przewalutowania” owych długów po kursie z sprzed  załamania złotówki względem franka. Prawicowe komentarze na temat tej afery też są niekiedy wyjątkowo oryginalne, czego przykładem jest przypisanie jej „spuściźnie PeeReLu”. Jakoś nikt nie chce przyznać, że to właśnie na takich finansowych przekrętach zarabia się ądzeprawdziwe pieni we „współczesnym kapitalizmie”, przy czym rolą jego antypodów jest grzecznie dać się okradać, bo za „przynależność do Zachodu” i do „Wolnego Świata” lub „Amerykańskiego Protektoratu” (to ostatnie określenie pochodzi od Zbiga Brzezińskiego) trzeba płacić i to słono.


Jak można prognozować dalszy ciąg już „zdjętej z afisza” sprawy? Gdyby „frankowicze” doznali łaski zgodnego działania, mają szansę na sukces poprzez zmuszenie banków do zawarcia ugód na zasadzie status quo ante, czyli zwrotu przez wierzycieli „różnicy kursowej” wynikającej z indeksacji długu względem franka. Można to osiągnąć poprzez wezwanie sądowe do zawarcia ugody, w którym będzie określona wielkość roszczenia: to kosztuje tylko 40 zł, więc nie tak wiele. Gdy banki nie odpowiedzą na wezwanie, trzeba zacząć czynności procesowe, ale kwota zgłoszonych roszczeń zmieni ich bilanse, a przede wszystkim zyski banków. Aby nie być posądzony, że staję w obronie „frankowiczów” w celach biznesowych opracowany, wzór tego rodzaju wezwania zostanie ogłoszony na naszych stronach w dniu 2 marca br. na łamach tego Serwisu.

Witold Modzelewski
Profesor Uniwersytetu Warszawskiego
Instytut Studiów Podatkowych



Szkolenie VAT 2015

 

spis treści
powrót do strony serwisu
do góry
Agencja interaktywna Migomedia