Serwis Doradztwa Podatkowego - nr 000289 - 2 marca 2015 r.

 

Komentarz nieuczesany: kredyty „frankowe”, czyli czas wielkiej mistyfikacji.


Okazuje się, że na podstawowe, zadawane przez wszystkich pytanie, czy banki udzielały „kredytów walutowych”, czy też były to kredyty złotowe, tyle tylko, że zaopatrzone w klauzulę indeksacyjną, rząd udzielił już odpowiedzi przed rokiem na posiedzeniu jednej z komisji senackich. Otóż w obecności wiceszefa KNF ówczesny wiceminister finansów powiedział, że ponad 90% tych kredytów było indeksowanymi kredytami złotowymi, a kredyty walutowe stanowiło ok. 2%, czyli prawie nic. Nikt więc nie ma i nie miał „zadłużenia walutowego” – tak jak to twierdzą „liberalni” znawcy tego tematu, chętnie cytowani przez większość mediów. To po pierwsze. A po drugie, publicznie, choć niechętnie potwierdzono, że owe pożyczane nam franki były w majątku banków, ale tylko „w sensie księgowym”, bo dysponowały one „głównie” instrumentami pochodnymi (ile? – nie wiadomo) i zdaniem przedstawicieli drugiej strony „nie musiały mieć nic więcej”. Ale przecież co miesiąc setkom tysięcy ludzi sprzedawano nie jakieś tam SWAPY, lecz konkretne kwoty franków, pobierając za to cenę w złotych, w dodatku z dużym zyskiem (spreadem). Czyli bank grał rolę mega kantoru, w którym wykonywano operacje sprzedaży detalicznej miliardów franków. Jak to można było zrobić, gdy w posiadaniu banków były tylko jakieś instrumenty pochodne? Czy gdyby prawdziwy kantor zaczął nam „sprzedawać” waluty, której nie miał ani w chwili, ani przed, ani po owej transakcji, to jak nazwalibyśmy ten proceder? Co więcej nigdy nie zamierzał ich mieć. Jeden z sądów już nawet orzekł w tej sprawie twierdząc w uzasadnieniu, że całość tych operacji „była tylko na papierze”. Po trzecie, dowiedzieliśmy się od ministra gospodarki Pana Janusza Piechocińskiego, że rząd nie zamierza w jakikolwiek sposób interweniować w tej sprawie, bo musiałby wydać przepisy, które miałyby – jego zdaniem – „moc wsteczną”. Oczywiście nie będąc prawnikiem nie musi Pan Minister rozumieć czym jest owa „moc wsteczna”, więc pozwolę sobie to wytłumaczyć: gdy klauzula zawarta w umowie (np. klauzula indeksacyjna) jest sprzeczna z prawem, to tę cechę miała od chwili zawarcia umowy, więc jej usunięcie nie ma „mocy wstecznej”. Uzasadnienie braku reakcji rządu wynika więc z niewiedzy, ale przecież w dzisiejszych czasach to żaden zarzut. Te problemy nie należą jednak do właściwości ministra gospodarki, czyli jego wypowiedzi na ten temat nie mają żadnego znaczenia. Leżą one w kompetencjach ministra finansów. Zwracam się więc do szefa tego resortu, Pana Ministra Mateusza Szczurka: czy zamierza wystąpić z inicjatywą ustawodawczą lub w inny sposób usunąć z praktyki bankowej działania sprzeczne z prawem? Przecież organy administracji rządowej działają na podstawie przepisów prawa i są obowiązane do jego egzekwowania. Jeśli na podstawie niedozwolonych klauzul osiągnął ktoś korzyści, to jest obowiązany je zwrócić. To przecież również kanon każdego liberała, bo każdy musi ponosić odpowiedzialność za swoje czyny. Będę oczekiwać (chyba nie tylko ja) oficjalnej odpowiedzi.


Zgodnie z postulatami poniżej publikujemy dziś w naszym serwisie wzór wezwania do sądowej ugody, który może być pomocny w sformułowaniu żądań indywidualnych w celu realizacji słusznych praw kredytobiorców poszkodowanych zastosowaniem niedozwolonych klauzul umownych. Trzeba oczywiście w nich określić wielkość roszczenia, które wynika z faktu spłaty długu większego od kwot należnych. Wielkość zobowiązania kredytobiorcy w prawidłowej wysokości oraz różnicę między wielkością faktycznych wpłat a tym zobowiązaniem, każdy musi obliczyć sam na podstawie stanu faktycznego. Koszt tego wezwania wynosi tylko 40 zł (opłata sądowa).


Witold Modzelewski
Profesor Uniwersytetu Warszawskiego
Instytut Studiów Podatkowych


    
Wniosek o zawezwanie do próby ugodowej  link    
Instrukcja do wniosku o zawezwanie do próby ugodowej  link     

 

spis treści
powrót do strony serwisu
do góry
Agencja interaktywna Migomedia